Coś jest nie tak z moim biznesem - Urszula Marketing

Urszula Marketing

8 grudnia 2017

Coś jest nie tak z moim biznesem

Zaczęłam TO odczuwać kilka miesięcy temu, w okolicach maja 2017 roku.

Zbudowałam własny biznes, dzięki któremu mogłam rzucić moją pracę na etacie w administracji i robić to, co mnie pasjonowało najbardziej – czyli uczyć innych. Zaczęłam odnosić sukcesy w tej dziedzinie, zarabiać ciekawe pieniądze, rozwijać biznes na wyższą skalę. Organizatorzy najbardziej znanych konferencji biznesowych i marketingowych w Polsce proponowali mi miejsca na scenie. Najbardziej znane polskie gazety kontaktowały się w sprawie publikacji na mój temat.

Pracowałam dniami i nocami, by robić więcej, więcej i więcej!

Bez ustanku.

Wliczając weekendy, święta i wakacje.

Zaadaptowałam to męskie podejście do biznesu „Więcej, szybciej, teraz i budujemy imperium!” – tego typu rzeczy.

Wydawało mi się, że tak trzeba, że tego chcę. Kosztem czasu spędzanego z rodziną (weekendy bez mamy, place zabaw i parki bez mamy, wieczorami oglądamy tylko plecy mamy), kosztem przyjaciół, z którymi mąż spotykał się sam i oczywiście własnych, innych pasji.

Biznes stał się wówczas całym moim życiem.

Jak wspaniale czułam się, kiedy pisali do mnie znaczący ludzie, otrzymywałam mnóstwo próśb o współpracę, byłam cytowana na blogach! Jak ważna! Jak dostrzegana! Jak atrakcyjna!

Ale coś było tu nie tak.

Coś zgrzytało.

Czułam się źle, kiedy córka pytała mnie dlaczego ZNOWU nie poszłam z nimi i z tatą na basen. Kiedy spoglądałam na mój planning po brzegi wypełniony postami gościnnymi, prośbami o współpracę, konsultacjami i wywiadami, robiło mi się niedobrze (wiem, brzmi to arogancko – ma prośby o wywiady i jeszcze kręci nosem, ale tego było po prostu too much!). Miałam okropne myśli, kiedy odbierałam synka ze szkoły, sadzałam przed bajkami i leciałam pracować na komputerze.

Jestem tu całkowicie szczera i nie będę udawała świętej Matki-Polki, bo nią nie byłam. Work-life balance u mnie nie istniało!

Pewnego dnia, usiadłam i rozpłakałam się.

Musiałam zrobić przerwę. Byłam zagubiona.

Nie, nie przerwę – musiałam coś zmienić w prowadzeniu mojego biznesu i w moim życiu!

Moją pierwotną misją w biznesie i w życiu były niekończące się krucjaty po WIĘCEJ. Wyższe statystyki, więcej pieniędzy w banku, więcej komentarzy i obserwatorów w mediach społecznościowych, więcej … wszystkiego.

Cała reszta, moje szczęście i szczęście mojej rodziny znajdowało się za biznesem i „misją”. Tzn. mówiłam sobie, że będziemy szczęśliwi już wkrótce, jak zarobię XXX euro – wtedy to będziemy szaleć po parkach i basenach! A kiedy doszło już co do czego, to suma ta zwiększyła się o kolejne XX euro.

Kiedy pewnego dnia spojrzałam na moje siedzące pod komputerem czy tabletem dzieci, każde w innym miejscu, stwierdziłam jedno …

„Tak dłużej być nie może! Pieprzę budowanie imperium!!!”

Co zrobiłam?

  • Sięgnęłam najpierw po porady bliskich mi osób ze świata biznesu, które przeżywały wcześniej podobne rozterki do moich. Udało im się dokonać zmian w stronę „spokojnego biznesu”. One utwierdziły mnie w przekonaniu, że można zarabiać pieniądze bez FOMO, bez ciągłego stresu, bez skrzynki email pękającej w szwach, bez ciągłego sprawdzania mediów społecznościowych/statystyk/maili oraz bez 12-sto godzinnego dnia pracy.
    Nagrałyśmy nawet na ten temat podcast u Ariadny (warto odsłuchać, nawet jeśli jest długi!).
  • Następnie zrobiłam sobie przerwę, wyjechałam na miesiąc do Polski i praktycznie nie tknęłam komputera.
  • Potem przestałam być na każdym webinarze, na każdym FB Live i sprawdzać wszystkie profile społecznościowe interesujących mnie osób, czy mojej konkurencji. Rany Julek! Co za ulga psychiczna!! Zrobiłam się bardzo selektywna.
  • Selekcję zastosowałam również w wyborze współprac, zaproszeń do wywiadów, czy postów gościnnych. Wybieram tylko to, co uważam za najlepsze dla mnie, dla mojego biznesu lub co jest bliskie mojemu sercu.
  • Przestałam szaleć i skakać z kwiatka na kwiatek – tym razem stworzyłam solidny plan działania na nadchodzące miesiące, z konkretnymi datami tych działań.

Cały ten proces przemian jeszcze u mnie trwa i pewnie będzie funkcjonował kilkanaście miesięcy (a może nawet kilka lat). Nie jest to coś, co zmieni się z dnia na dzień (zwłaszcza u takiego narkomana mediów społecznościowych, jak ja!). Ale od momentu postanowienia wprowadzenia zmian, widzę jak bardzo uspokoiła mi się psychika, jak przestały mnie pobudzać wyskakujące na Facebooku informacje o czyimś Live, nowym produkcie, nowym poście blogowym u konkurencji, itp.

Nie czuję już tego strachu, że coś przegapię, coś mnie ominie (czytaj FOMO).

Nie jestem jeszcze tą idealną mamą, która gotuje codziennie obiadki dla dzieci, czyta bajki na dobranoc i wozi po parkach atrakcji – no raczej nigdy nią nie będę. 🙂 Staram się jednak każdego dnia, o określonej godzinie (16.00 lub 16.30) odłożyć pracę na bok i po prostu być z moimi maluchami, dyskutować z nimi, odrabiać lekcje, oglądać „The Goonies” w piątkowe wieczory filmowe i nie tracić z oczu ich dzieciństwa.

I uwaga: nie dążę moimi przemianami do nic nie robienia w biznesie – firma sama nie będzie rozwijała się a produkty sprzedawały (pasywne zarobki tak naprawdę nie istnieją!).

Pragnę zwolnienia tempa, a nawet odejścia od tego szaleństwa, które narzuca nam aktualnie tak wiele osób ze świata biznesu online: „więcej, mocniej, szybciej!”.

Druga rzecz: jeśli jesteś osobą, która uwielbia adrenalinę biznesową, budowanie imperium i dobrze Ci z pracą +12/24 i 7/7, to jest to całkowicie ok! Każdy z nas jest inny.

Piszę ten artykuł przede wszystkim do tych kobiet, które marzą o zmianach, które widzą, że takie maksymalne parcie w biznesie nie przynosi im szczęścia, nie jest dla nich, ale boją się zwolnić lub nie wiedzą, w jaki sposób wprowadzić te zmiany w życie.

Post ten wypełniłam bardzo osobistymi zwierzeniami. Nie jest to praktyczne „zrób-to-i-tamto”, ale coś, co długo leżało mi na sercu i, czym chciałabym podzielić się z Tobą. Mam nadzieję, że, jeśli utożsamiasz się z powyższą treścią, ten artykuł pomoże Ci zmienić spojrzenie na biznes online i na Twoje życie.

Ściskam,

Ula

, ,

  • Dziękuję, moja imienniczko, za ten tekst a komentującym za komentarze, które pokazują, że wiele z nas to czuje i że każda próbuje jakoś pogodzić pracę, której chciałoby się oddać 100% siebie, szczególnie jak własna firma, i rodzinę, której chciałoby się dać 100% siebie, i wyprawy, i czytanie, a tu jeszcze zwykłe domowe obowiązki…
    Jeśli tylko można, warto chyba tak jak pisałaś, postawić siebie i rodzinę na pierwszym miejscu, wysypiać się, a w biznesie trzeba wybrać priorytety, spokojniej patrzeć na nieodealną resztę naszej działalności i zaakceptować, że nasz rozwój biznesowy może być wolniejszy niż biznesu 20-letniego wolnego stanu mężczyzny.
    Matka minimalistka blogerka.

    • Dokładnie tak! Dostosuj biznes do swojego życia osobistego, a nie życie do biznesu. 🙂

  • U mnie jest podobnie… Postanowiłam coś zmienić. Wyjechałam, dałam sobie czas na rozwój. Odpuściłam bycie wszędzie i na każde zawołanie. I zaczęłam selektywnie podchodzić do każdej współpracy. Pozdrawiam!

    • Wyjazd i zmiana otoczenia, choć na weekend, zawsze dobrze robi jeśli chodzi o perspektywę tego, co najważniejsze. 🙂

  • Kochana! Przeczytałam ten wpis miesiąc temu i cały czas chodziło mi po głowie, żeby go skomentować. Gratuluję odwagi. Cieszę się, że o tym napisałaś. W mojej biblioteczce, 90% książek o biznesie, realizacji celów itp. napisali faceci. Większość z nich to wartościowe pozycje, ale połowa w idei CIŚNIJ, CIŚNIJ, CIŚNIJ. A my, kobiety mamy inną energię. Bardziej przeżywamy różne etapy i cykle w życiu. Rozpoczynając od macierzyństwa, kończąc nawet na naszym delikatniejszym organizmie. Najlepiej wychodzimy na tym, jak dostosujemy się do swojego tempa. Raz mamy ochotę na adrenalinę, raz na rozwój, raz na izolacje, a jeszcze kiedy indziej na leżenie plackiem na kanapie i czytanie książek – z dziećmi czy bez nich. I z doświadczenia wiem, że praca w swoim rytmie nie zrujnuje naszej strefy zawodowej. Nie dajmy się zwariować :). Ufajmy swojej intuicji. Brawo Ula! Pozdrowienia z zachmurzonego Gdańska. Twoja wierna fanka – Klaudia.

    • Klaudia, cudnie napisane! Idealny opis tego, jak pracują i funkcjonują kobiety! Dobrze, iż coraz więcej z nas pisze książki biznesowe (choć niektórzy mężczyźni wydali też kilka pozycji o tym, żeby właśnie zwolnic – ale to już nie biznesowe tematy, ale bardziej rozwoju osobistego 😉 ). Ja też jestem twoją fanką kochana! :))

  • Nie jest łatwo to wszystko wypośrodkować. Jaj ja się muszę nieustannie pilnować aby nie siedzieć przy moim rocznym dziecku w social mediach! Chociaż tłumaczę sobie, że jestem tam przecież tylko w celach zawodowych. Jedna historia jest dla mnie często przestrogą.
    Mam takiego znajomego, którego żona jest na wychowawczym i zajmuje się dwuletnią córeczką. Jego mama krytykuje ją za to, że całe utrzymanie spoczywa na synu. Jej zdaniem dziecko powinno iść do żłobka a synowa do pracy. Choć jej syn spokojnie utrzymuje rodzinę.
    Sam mówi, że pamięta, iż jako małe dziecko jego matka-lekarz podrzucała go innym. Woziła od żłobka do dziadków i podrzucała gdzie się tylko da bo oboje z mężem nieustannie pracowali. Latali od przychodni do szpitala. I ten znajomy wcale dobrze nie wspomina swego dzieciństwa, nie chce zbyt często jeździć do domu rodzinnego i z żoną ustalili, że z ich dzieckiem będzie inaczej…

  • Ula, tym bardziej jestem dumna, że znalazłaś chwilę, by mi odpisać 🙂 Dziękuję za ten wpis. Czasami też tak mam, że po powrocie z pracy chciałabym jeszcze nauczyć się tego i tamtego narzędzia, wyczytać wszystkie blogi branżowe i jeszcze może jakiś projekt poboczny. Ale dziecię nigdy już nie będzie takim słodkim bobasem. Jak się teraz nie nachłonę, to przegapię.
    Powodzenia. Trzymam kciuki.

  • Ula, fajny, szczery tekst. Zawsze ma się coś kosztem czegoś. To sztuka dokonywania dobrych wyborów w zgodzie z samym sobą. Pozdrawiam serdecznie Beata

  • Dagmara Glinka

    Ula, dzięki za ten tekst. To też jakbym czytała o sobie 🙂 Jeszcze nie udało mi się znaleźć tego balansu, ale powoli, małymi krokami wierzę, że się uda. Chyba, większość z nas przechodzi takie rozterki bo własny biznes sam się nie zrobi i czujemy, że musimy właśnie więcej, szybciej itd. tylko kosztem czego/kogo… Wszystkim nam życzę krótkiego resetu i zwolnienia, może okres świąt taki będzie, również skłonny do refleksji?

  • Ja tak pracowałam dla jednej z firm. Aż się pochorowałam. Kilkanaście tygodni leczyłam się w szpitalu. Wróciłam o pracy od razu po szpitalu, nawet sobie ujęłam tydzień zwolnienia i okazało się, że mnie zwolnili. Teraz zaczęłam inaczej myśleć i żyć. Gdybym tak ciągle pracowała mogłabym dostać zawału. Fajny post! Życzę Ci zwolnienia, spokoju oraz tego co sobie życzysz. Wg. mnie nie warto się zapracowywać na śmierć 😉 kosztem zdrowia. Ania

  • Czytałam Twój artykuł z zapartym tchem. Trochę jakbym czytała o sobie.
    Odchodząc z etatu, miałam nadzieję na spowolnienie tego kołowrotka, w
    którym każdego dnia pędziłam. Po pół roku pracy zaczęłam pracować,
    więcej niż zaplanowałam. Myślałam, że tak trzeba. Nakręciłam swój
    kołowrotek, że o mało z niego nie wypadłam. Odwyk od uczestniczenia w
    każdym szkoleniu, uczestnictwa w każdej grupie czy czytania każdej nowo
    wydanej książki rozpoczęty. 🙂

    • No właśnie, myślimy, że “tak trzeba” – a wcale nie trzeba, wręcz przeciwnie! Im spokojniej, tym wydajniej pracujemy, im mniej pędzenia, analizy konkurencji i śledzenia mediów społecznościowych, tym osiągamy lepsze efekty (i spokój ducha). Ściskam kochana! 🙂

  • Super, że o tym piszesz. Czasem jak czytam blogi innych osób, które inspirują mnie do pracy to mam wrażanie, że życie blogerki / właścicielki własnego biznesu to niekończące się pasmo sukcesów. Że wskaźniki same rosną, pozytywne komentarze budzą Cię od samego rana, a UU z każdym tygodniem z podekscytowaniem trafiają na nasz blog. Wystarczy napisać 2 posty w tygodniu, okrasić je grafiką z Canva, poklikać na FB i Instagramie i sukces przychodzi sam. Nikt nie pisze, że to czasem jest praca 24/7. I że te statystyki tylko nakręcają do pracy 24/8…
    Mi się wydawało, że po kilkunastu latach w międzynarodowych korporacjach praca na własny rachunek mnie nie zaskoczy. Bo nie mam nic przeciwko ciężkiej pracy. Ale kiedy chciałam połączyć korpo, z własną firmą i blogiem, to okazało się, że tak potrafią tylko dziewczyny z amerykańskich seriali;-) Właśnie w tym tygodniu doszłam do wniosku, że tak się chyba nie da – zwłaszcza, że próbuję się w tzw. międzyczasie opiekować kilkumiesięczną córką, więc najczęściej pracuję między 20 a 3 rano. Okazało się, że w tych godzinach można pracować, ale chyba tylko na studiach:-) Dla mnie to bardzo trudne prowadzić własną firmę „tylko tak trochę”. I gdzie zrobić punkt odcięcia, zwłaszcza kiedy ma się zlecenia na większe projekty, a po drodze okazuje się, że dziecko chore, a komputer ma focha..

    • Dominika, dałaś mi właśnie pomysł na nowy artykuł! 🙂 Kochana, zacznij od najważniejszego: dziecka i siebie. A następnie dostosuj cała resztę właśnie do tego, co najistotniejsze. Jeśli nie masz wiele czasu, to tak prowadź bloga i pracuj JAK MOŻESZ i nie więcej. Jeśli bowiem stracisz zdrowie, to i tak z reszty będą nici. Może nie będziesz tak rozwijać swojej działalności w takim tempie, jak inni i zarabiać tyle pieniędzy (na ten czas!), jak inni. Jednak za rok, dwa, możliwe, że dasz radę. Spiesz się powoli i dostosuj prace do życia, a nie życie do pracy! :*

  • Uleńko, kiedy złapałam się na tym, że tylko komputer, telefon, analiza konkurencji, która doprowadzała mnie do rozpaczy, bo nie umiem tak pięknie, tak dobrze, tak ładnie, każdy live był taki cenny, itd., idt. wprowadziłą ostrą selekcję. Mam swoje plany, swoje tempo, gotuję codziennie dla rodziny, jest czas na film z mężem i wygłupy z dzieciakami. Nie po to wiałam z korpo, żeby sama się wkręcić w kociokwik. Mam swoją równowagę, swój balans i jakieś tam poczucie głębokiego szczęścia też mam. Jesteśmy kobitkami, nie robotami, a życie mamy tylko jedno i ono powinno być piękne. Uściski, Twoja mega fanka.

    • Magda, idealnie to wszystko opisałaś; ucieczka z korpo w podobny wir pracy – to przemawia! A co CIĄGŁEJ do analizy i stresu z tym związanego, to był dla mnie największy koszmar! Ciesze się, że udało ci się wyrwać z tego szaleństwa. 🙂

  • Cieszę się Ula, że poruszyłaś ten temat 🙂 Ostatnio złapałam się na tym samym. Jak nie miałam zagospodarowanej każdej godziny w ciągu dnia to czułam, że nie wykorzystuję go w pełni, że nie osiągnę tego co zaplanowałam. Kocham to co robię dlatego tak ciężko jest mi zwolnić i znaleźć balans ale wierzę, że w końcu się uda. I tego też Tobie życzę 🙂

    • “Pułapką” jest to, że pasjonuje nas i kochamy to, co robimy. Możemy spędzić nad tym cale dnie i tygodnie, ale później okazuje się, że coś jest nie tak z resztą naszego życia. Dzięki za komentarz Kamila! 🙂

      • Dokładnie! Dało mi to bardzo do myślenia, aż cały weekend chodziłam po ścianach. Teraz czeka mnie troche zmian i czuje ze na lepsze 🙂 jeszcze raz dzieki za inspiracje 🙂

  • Trzymam kciuki, aby udało ci się wprowadzić te zmiany w równowadze praca-dom na stałe. Powodzenia!

    • Uda mi się! Dążę do tego. Dziękuję Irmina :*